Honda zbudowała go na pięćdziesiąte urodziny. Dała mu silnik z czterema cylindrami, który kręcił się na wyższych obrotach niż niejedno Ferrari, napęd na tył i tylko ręczną skrzynię. A potem, w 2009 roku, po prostu przestała.
Spis treści (11)
- Prezent na pięćdziesiąte urodziny
- Cztery cylindry kontra zdrowy rozsądek
- Dwa światy w jednym obrotomierzu
- AP1 kontra AP2
- Podwozie, które kąsało
- Najpierw Tochigi, potem Suzuka
- Bohaterka drugiego planu, która przerosła rolę
- Ile to dziś kosztuje
- Youngtimer w polskim labiryncie
- Czy to już klasyk?
- W pigułce
Z tego artykułu dowiesz się…
- Dlaczego dwulitrowy, wolnossący czterocylindrowiec z S2000 do dziś uchodzi za jeden z najdoskonalszych seryjnych silników w historii.
- Czym naprawdę różni się wczesne AP1 od późniejszego AP2 — i dlaczego jedno z nich „kąsało" kierowcę.
- Ile S2000 kosztuje w Polsce w 2026 roku, co z żółtymi tablicami i strefami czystego transportu, oraz czy ten roadster jest już klasykiem.
Najpierw nie dzieje się nic. Wrzucasz drugi bieg, wyprowadzasz auto z zakrętu, wskazówka obrotomierza idzie w górę spokojnie, niemal leniwie. Cztery tysiące, pięć tysięcy. Roadster jak każdy inny — ładny dźwięk, niezły ciąg, tyle. A potem, gdzieś koło sześciu tysięcy, ktoś jakby otwiera drugie drzwi. Dźwięk twardnieje, auto się napina, a obrotomierz, zamiast prosić o zmianę biegu, dopiero się rozpędza. Siedem tysięcy. Osiem. Dziewięć.
Tam, gdzie większość cywilnych silników dawno błaga o litość, Honda S2000 dopiero zaczynała rozmowę.
Prezent na pięćdziesiąte urodziny
Honda nie potrzebowała S2000. W 1999 roku marka sprzedawała Civici i Accordy w milionach, miała za sobą lata Formuły 1 i wciąż produkowała NSX — supersamochód, który nastraszył Ferrari. Roadster do niczego nie był jej potrzebny. I właśnie dlatego powstał.
Auto pojawiło się w roku okrągłej rocznicy: firma kończyła pięćdziesiąt lat. 24 września 1998 roku Honda oficjalnie pokazała prototyp — nie jako produkt, lecz jako rodzaj manifestu. Bazą był samochód studyjny SSM (Sports Study Model), pokazany trzy lata wcześniej na salonie w Tokio. Litera „S" w nazwie nie była przypadkowa. Wracała do lat sześćdziesiątych, do drobnych, wysokoobrotowych roadsterów S500, S600 i S800, od których zaczęła się sportowa legenda marki. Liczba mówiła o pojemności: dwa litry. Reszta była obietnicą.
Za projekt odpowiadał Shigeru Uehara — ten sam główny inżynier, który wcześniej pracował przy NSX i Integrze Type R. Człowiek, który wiedział, jak zbudować Hondę, która prowadzi się jak instrument. Dał S2000 układ, jakiego w nowych roadsterach prawie się już nie spotykało: silnik umieszczony wzdłużnie, za przednią osią, napęd na tylne koła, idealny rozkład masy bliski pięćdziesięciu na pięćdziesiąt i sześciobiegową skrzynię obsługiwaną wyłącznie ręcznie. Żadnego automatu. Żadnej wersji z miększym charakterem dla mniej cierpliwych.
To był prezent, który Honda zrobiła samej sobie. A przy okazji — wszystkim, którzy lubią prowadzić.
Cztery cylindry kontra zdrowy rozsądek
Cała opowieść o S2000 kręci się wokół jednego elementu: silnika F20C. I trzeba o nim mówić precyzyjnie, bo wokół tej jednostki narosło tyle przesady, co podziwu.
F20C nie był mocny „jak na Hondę". Był mocny jak na seryjny, wolnossący — czyli pozbawiony turbiny i sprężarki — silnik czterocylindrowy jakiejkolwiek marki. Dwa litry pojemności — dokładnie 1997 centymetrów sześciennych. W wersji japońskiej 250 koni mechanicznych przy 8300 obrotach na minutę, w europejskiej i amerykańskiej 240. Czerwone pole zaczynało się tam, gdzie inne silniki już nie istnieją: jednostka kręciła się do 9000 obr./min, za którymi czuwał elektroniczny ogranicznik.
Przeliczmy to na język, który coś znaczy. Z dwóch litrów Honda wyciągnęła około 123–125 koni z każdego litra pojemności. I tu pada liczba, która brzmi jak pomyłka, a nie jest: tej gęstości mocy, wśród seryjnych aut z silnikiem wolnossącym, nie przebił przez ponad dekadę nikt. Dopiero Ferrari 458 Italia z 2010 roku — auto z silnikiem V8, ceną z innej galaktyki i logo z Maranello — ustanowiło nowy rekord. Czterocylindrowy roadster z katalogu dealera Hondy dzierżył rekord, który pobiło dopiero Ferrari.
Skąd ta różnica wobec rywali? Z filozofii. Porsche Boxster S z tamtych lat oferował większy moment obrotowy dostępny od dołu, BMW Z3 M Roadster też dawał więcej „ciągu" w środku zakresu. S2000 świadomie z tego rezygnowała. Jej moment obrotowy — około 208 niutonometrów w wersji europejskiej — był wręcz skromny. Honda nie chciała wygrać łatwym dołem. Chciała, żeby kierowca pracował.
Czy to miało sens ekonomiczny? Niespecjalnie. I dlatego ta droga się skończyła. Mniej więcej od 2010 roku cała branża poszła w przeciwną stronę: mniejsze pojemności, turbodoładowanie, moment obrotowy dostępny od dwóch tysięcy obrotów, normy emisji do spełnienia. Wysokoobrotowy, wolnossący czterocylindrowiec stał się reliktem. F20C wygląda dziś jak konstrukcja z innej epoki, bo nią właśnie jest.
Dwa światy w jednym obrotomierzu
Sercem tej konstrukcji był VTEC — system zmiennych faz rozrządu, który Honda znała na pamięć. Tyle że w S2000 nastawiła go zupełnie inaczej niż w popularnym Civicu.
W Civicu Si, z mniejszym silnikiem B16, drugi, ostrzejszy zestaw krzywek sterujących zaworami włączał się gdzieś koło pięciu i pół tysiąca obrotów. W S2000 ten moment przesunięto wyżej — do okolic sześciu tysięcy. Konsekwencja była prosta i podstępna zarazem. Prowadzona spokojnie, bez wchodzenia w górną połowę obrotomierza, S2000 bywała autem niemal nudnym. Przyspieszenie do setki w okolicach sześciu sekund — dobre, ale nie powalające. Konkurenci osiągali podobne wartości łatwiej, bez całego teatru.
Dopiero powyżej sześciu tysięcy zaczynał się drugi świat. Dźwięk robił się ostrzejszy, reakcja na gaz natychmiastowa, a auto z opanowanego roadstera zmieniało się w bardzo precyzyjną, wysokoobrotową maszynę. Pod warunkiem że kierowca trzymał właściwy bieg. Niżej trzeba było redukować i czekać. Wyżej — S2000 potrafiła dotrzymać kroku autom znacznie mocniejszym.
Dla części kierowców to była wada. Dla większości — tożsamość. S2000 wymagała od człowieka nawyku obrotów, którego BMW Z4 czy Mercedes SLK nigdy nie żądały. Tak Uehara chciał to auto zaprojektować — i tak je zaprojektował. Jak działa ten silnik w szczegółach i dlaczego do dziś jest ulubieńcem warsztatów tuningowych, opisujemy osobno w przewodniku po technice S2000.
AP1 kontra AP2
Przez dziesięć lat produkcji S2000 przeszła jedną dużą metamorfozę. I tu, zgodnie z dobrym obyczajem, posługujemy się oznaczeniami fabrycznymi, nie „pierwszą" i „drugą" serią. Wczesne auta to AP1 (1999–2003), późniejsze — AP2 (od 2004 roku).
Zmieniło się sporo, choć z zewnątrz niewiele. Honda przy okazji liftingu w 2004 roku wprowadziła ponad dwa tysiące modyfikacji: nowe zderzaki, tylne lampy w technologii LED, większe siedemnastocalowe koła, poprawione wnętrze i — co najważniejsze — przeprojektowane zawieszenie. Pod maską zaczyna się jednak rzecz, którą myli nawet połowa internetu.
W Stanach Zjednoczonych AP2 dostała nowy silnik: F22C o pojemności 2157 centymetrów sześciennych. Większy, z mocniejszym dołem (do 220 niutonometrów), ale za to z niższym czerwonym polem — około ośmiu tysięcy obrotów zamiast dziewięciu. Japonia przesiadła się na ten sam silnik dopiero w 2006 roku. A Europa? Europa do samego końca, do 2009 roku, zachowała dwulitrowy F20C. Kto słyszał, że „każde AP2 ma 2,2 litra", słyszał nieprawdę — na Starym Kontynencie 2,2 litra nigdy oficjalnie nie było.
Który wybrać? To zależy od tego, czego się szuka. AP1 to czystsza, bardziej radykalna wersja idei — dziewięć tysięcy obrotów i charakter ostry jak żyletka. AP2 jest dojrzalsza, łatwiejsza, mniej skłonna do psot. A skłonność do psot to akurat osobny rozdział.
Podwozie, które kąsało
Wokół AP1 krąży opowieść, która nie jest plotką: o aucie, które potrafiło ugryźć własnego kierowcę.
Rzecz nazywa się fachowo „nadsterownością przy zrzuceniu gazu" — po angielsku lift-off oversteer albo snap oversteer, czyli nagłe zarzucenie tyłem. Mechanizm był wpisany w geometrię tylnego zawieszenia. AP1 miała ją celowo „luźną": przy ugięciu tylne koła nabierały zbieżności do wewnątrz, ale przy nagłym odprężeniu — na przykład gdy kierowca w środku zakrętu puścił gaz — tył gwałtownie „otwierał się" na zewnątrz. Auto, które chwilę wcześniej trzymało się drogi, potrafiło w ułamku sekundy ustawić się bokiem. Na mokrej nawierzchni, w rękach kogoś bez doświadczenia, kończyło się to obrotem.
To nie był defekt. To była decyzja inżynierów, którzy chcieli auta żywego i komunikatywnego. Problem w tym, że żywe i komunikatywne bywa też nieprzewidywalne. Reputacja roadstera, który kąsa, zaczęła ciążyć — i Honda przy AP2 wycofała się z radykalizmu. Zmniejszyła dynamiczną zmianę zbieżności, przeprojektowała tylny wózek i wahacze, dołożyła szersze opony. Auto stało się bezpieczniejsze i bardziej wybaczające. Część purystów do dziś uważa, że przy okazji straciło trochę charakteru. Pełną mechanikę tego zjawiska i wszystkie zmiany w zawieszeniu rozkładamy na czynniki pierwsze w artykule o technice i prowadzeniu.
Najpierw Tochigi, potem Suzuka
Historia produkcji S2000 ma jeden szczegół, który warto zapamiętać, bo to właśnie przy nim piszący o tym aucie mylą się najczęściej.
Auto nie powstawało przez cały czas w jednej fabryce. Wczesne egzemplarze AP1 schodziły z taśmy w zakładzie Takanezawa w prefekturze Tochigi — tam, gdzie wcześniej budowano NSX. Dopiero w maju 2004 roku, wraz z wejściem AP2, produkcję przeniesiono do fabryki Suzuka w prefekturze Mie. Łącznie, przez całą dekadę, powstało ponad 110 tysięcy egzemplarzy (finalnie blisko 113,9 tysiąca), z czego ponad połowa trafiła do Stanów Zjednoczonych.
W tej liczbie kryją się też wersje, których w Polsce praktycznie się nie spotyka. Japoński Type S z 2007 roku — ostrzejsze zawieszenie, dopracowana aerodynamika — powstał w nakładzie zaledwie 1755 sztuk. A na sam koniec, w 2008 roku, Honda wypuściła w Stanach Club Racer, w skrócie CR: wersję na tor, ze sztywnym, zdejmowanym dachem (hardtop) zamiast składanego, twardszym zawieszeniem i bez radia oraz klimatyzacji. Plan zakładał 1500–2000 egzemplarzy. Kryzys finansowy roku 2008 ściął produkcję do 699 sztuk. To dziś najcenniejsza S2000 na świecie — ale o tym za chwilę.
Co znamienne, CR był ostatnim projektem Shigeru Uehary przed odejściem z firmy. Inżynier, który dał S2000 życie, sam ją domknął.
Bohaterka drugiego planu, która przerosła rolę
Jest jeszcze powód, dla którego nazwę „Honda S2000" zna nawet ktoś, kto nigdy nie interesował się motoryzacją. Kino.
W 2003 roku w filmie „2 Fast 2 Furious" pojawiła się jaskraworóżowa S2000 prowadzona przez bohaterkę o imieniu Suki. Auto oblepione grafikami w stylu anime, z zestawem nadwoziowym (body kit) Veilside i podświetleniem podwozia, stało się jednym z najbardziej rozpoznawalnych samochodów całej serii „Szybkich i wściekłych". Ciekawostka dla kinomanów: był to ten sam egzemplarz, który w pierwszej części jeździł na czarno jako auto Johnny'ego Trana — wystarczyło przemalować.
Drugą scenę S2000 zagrała w Japonii, w kultowym anime „Initial D", jako auto Toshiyi Joshimy z ekipy Purple Shadow. Dla całego pokolenia trzydziesto- i czterdziestolatków te dwa obrazy — różowy roadster Suki i niebieska Honda na japońskim torze — ukształtowały wyobrażenie o kulturze JDM, czyli japońskiej motoryzacji z importu. Auto, które miało być sportowym manifestem inżyniera, stało się symbolem całej subkultury. A w 2025 roku zatoczyło pełne koło: różowa S2000 Suki trafiła do zestawu LEGO Speed Champions. Skąd ta popkulturowa kariera i co naprawdę zrobiła z S2000 — w osobnym tekście o S2000 w kulturze.
Ile to dziś kosztuje
Skoro przy CR padła liczba 699, dopowiedzmy ją do końca. W kwietniu 2022 roku egzemplarz Club Racera z zaledwie 123 milami na liczniku, należący wcześniej do kierowcy wyścigowego Grahama Rahala, sprzedano na amerykańskiej aukcji Bring a Trailer za 205 tysięcy dolarów (według ówczesnego kursu około 880 tysięcy złotych). Więcej, niż kosztowało wtedy nowe Porsche 911.
To skrajność, ale kierunek jest jasny. Ceny S2000 na całym świecie rosną od mniej więcej 2020 roku, a portal Hagerty, specjalizujący się w wycenach klasyków, odnotował, że dobre egzemplarze przerosły wartością rówieśników z Porsche i BMW. W Polsce rynek jest płytki — w jednym momencie potrafią być na sprzedaż dosłownie pojedyncze sztuki. Wiosną 2026 roku rozsądny, zadbany egzemplarz to wydatek rzędu 100–150 tysięcy złotych, a wersje niskoprzebiegowe i kolekcjonerskie potrafią przekroczyć 180 tysięcy. Czasy, gdy S2000 była „tańszą alternatywą dla Boxstera", właśnie się skończyły.
Co sprawdzić, zanim się taką kupi, i które roczniki omijać — rozkładamy szczegółowo w poradniku zakupowym. Bo zdrowy egzemplarz i ładnie wyglądający to w przypadku S2000 nie zawsze to samo.
Youngtimer w polskim labiryncie
Zostaje pytanie, które w Polsce 2026 roku jest mniej oczywiste, niż się wydaje: czy tym autem da się normalnie jeździć?
Z pozoru tak. Z bliska zaczyna się labirynt. Najstarsze egzemplarze AP1, te z 1999 i 2000 roku, w 2026 wjeżdżają w wiek, w którym zaczynają dotykać ich miejskie strefy czystego transportu. W Warszawie etap obowiązujący od początku 2026 roku wymaga od aut benzynowych normy emisji spalin Euro 3 (w nowych autach obowiązującej mniej więcej od 2000–2001 roku) albo rocznika co najmniej z 2000 roku — i już tutaj najwcześniejsze S2000 stają pod znakiem zapytania. W Krakowie poprzeczka jest wyżej. A żółte tablice, czyli rejestracja zabytkowa? Teoretycznie auto powinno mieć ukończone 25 lat — i AP1 ten próg przekroczyła. Praktycznie konserwatorzy zabytków w kluczowych województwach podnieśli wymóg do czterdziestu lat. Honda S2000 jest więc dziś w osobliwym zawieszeniu: zbyt stara dla części stref, zbyt młoda dla żółtych tablic. Co to oznacza w praktyce dla właściciela i kupującego, tłumaczymy krok po kroku w przewodniku po statusie prawnym S2000 w Polsce.
Czy to już klasyk?
I dochodzimy do pytania, które przy każdym youngtimerze pada wcześniej czy później. Czy Honda S2000 to już klasyk — czy dopiero nim będzie?
Odpowiedź zależy od tego, jak liczymy. Po metryce — auto ma ponad ćwierć wieku, najstarsze egzemplarze dobijają trzydziestki, a na rynku traktuje się je już jak inwestycję, nie jak używkę. Po prawie polskim — wciąż youngtimer, bo do żółtych tablic brakuje mu dekad. Ale jest jeszcze trzecia miara, najtrudniejsza do podrobienia: czy auto reprezentuje coś, co się skończyło i nie wróci.
I tu S2000 nie ma sobie równych. Reprezentuje epokę, w której producent mógł zbudować dwulitrowy roadster kręcący się do dziewięciu tysięcy obrotów tylko dlatego, że uznał to za piękne — i sprzedawać go bez turbiny, bez automatu, bez kompromisu. Tej epoki już nie ma. Honda zamknęła produkcję w 2009 roku i do 2026 nie dała S2000 bezpośredniego następcy. Redakcja Hagerty napisała o niej, że jest „prawdopodobnie lepsza niż wszystkie współczesne wskrzeszane roadstery". Można się spierać. Trudno się dziwić.
Klasyk to nie jest auto, które ma odpowiednią liczbę lat. Klasyk to auto, którego nie da się już zbudować ponownie. Honda S2000 spełnia ten warunek od dnia, w którym ostatni egzemplarz zjechał z taśmy w Suzuce.
A jeśli kiedyś, w ciszy garażu, wrzucisz drugi bieg i poczekasz, aż wskazówka minie szósty tysiąc — zrozumiesz, dlaczego nikt nie chce, żeby S2000 zbudowano ponownie. Bo wtedy przestałaby być cudem. A na razie wciąż nim jest.
Główne wnioski
- Honda S2000 (1999–2009) to wolnossący roadster z napędem na tył i ręczną skrzynią, którego sercem był silnik F20C — dwulitrowa jednostka o mocy 240–250 KM, kręcąca się do 9000 obr./min i oddająca ok. 123–125 KM z litra. Tę gęstość mocy wśród seryjnych aut wolnossących przebiło dopiero Ferrari 458 Italia w 2010 roku.
- Model dzieli się na wczesne AP1 (1999–2003) i AP2 (od 2004), które dostało ponad dwa tysiące zmian, w tym łagodniejsze zawieszenie eliminujące skłonność do nagłej nadsterowności. Silnik 2,2 l (F22C) trafił tylko na rynek amerykański i japoński; Europa do końca miała 2,0 l. Powstało ponad 110 tys. egzemplarzy, a najrzadsze wersje to japoński Type S (1755 szt.) i amerykański Club Racer (699 szt.).
- W 2026 roku S2000 jest w Polsce poszukiwanym youngtimerem o rosnącej wartości (ok. 100–150 tys. zł za dobry egzemplarz), choć jednocześnie wpada w lukę prawną: zbyt stara dla części stref czystego transportu, zbyt młoda dla rejestracji zabytkowej. Jako ostatni czysto wolnossący roadster Hondy bez następcy ma wszystkie cechy przyszłego klasyka — a zdaniem wielu już nim jest.
W pigułce
- Lata produkcji: 1999–2009
- Główny inżynier: Shigeru Uehara
- Nadwozie: roadster 2-miejscowy (miękki dach; opcjonalny hardtop)
- Silniki: F20C 2,0 l R4 (240–250 KM, do 9000 obr./min); F22C1 2,2 l R4 (USA od 2004, JDM od 2006)
- Napęd: na tył, 6-biegowa skrzynia manualna, mech. różnicowy Torsen
- Generacje: AP1 (1999–2003), AP2 (2004–2009)
- Liczba egzemplarzy: ponad 110 tys. (finalnie ~113,9 tys.)
- Miejsce produkcji: Takanezawa (Tochigi), od 2004 Suzuka (Mie), Japonia
- Poprzednicy duchowi: Honda S500/S600/S800
- Następca: brak (do 2026)
- Status w Polsce 2026: youngtimer, rosnąca wartość; uwaga na strefy czystego transportu
- Cena rynkowa 2026 (PL): ok. 100–150 tys. zł (egz. kolekcjonerskie i CR — drożej)
Wersje silnikowe — w skrócie
| Silnik | Rynek / lata | Moc | Redline |
|---|---|---|---|
| F20C 2,0 | JDM, AP1 1999–2005 | 250 PS @8300 | ~9000 |
| F20C 2,0 | USA/Europa, AP1 1999–2003 | 240 KM @8300 | ~9000 |
| F20C 2,0 | Europa, AP2 2004–2009 | 240 KM @8300 | ~9000 |
| F22C1 2,2 | USA, AP2 2004–2009 | 237 KM @7800 | ~8000 |
| F22C1 2,2 | JDM, AP2 2006–2009 | 240 PS @7800 | ~8000 |
Zaloguj się, aby dodać komentarz.