Golf I uratował Volkswagena. Pod koniec lat 70. Wolfsburg miał dwadzieścia milionów Garbusów na koncie — i kryzys naftowy, który podważył cały model biznesowy. Rudolf Leiding postawił na hatchback z silnikiem z przodu. I trafił.
Spis treści (7)
- Człowiek, który ośmielił się zabić Garbusa
- Włoska elegancja na usługach niemieckiej inżynierii
- Baukastensystem, czyli jak zarobić na rewolucji
- Przestań liczyć cylindry, zacznij jeździć lepiej
- GTI – hot-hatch, który stworzył kategorię
- Rynkowy sukces i dziedzictwo
- Klasyk, który nie starzeje się z godnością – on po prostu się nie starzeje
Volkswagen w połowie lat 70. miał na koncie dwadzieścia milionów Garbusów i kryzys naftowy, który zniszczył plan na kolejną dekadę. Sprzedaż chłodzonej powietrzem ikony spadała w zastraszającym tempie, a w Wolfsburgu pojawiła się realna rozmowa o bankructwie. Z tej sytuacji wyszedł samochód, którego nazwa do dziś znaczy „kompaktowy hatchback" — Golf pierwszej generacji.
Człowiek, który ośmielił się zabić Garbusa
Powierzenie sterów Volkswagenowi Rudolfowi Leidingowi w 1971 r. okazało się strzałem w dziesiątkę. Ten bezkompromisowy menedżer zdecydował się na ruch, który dziś nazwalibyśmy disruptywną innowacją — kompletne zerwanie z filozofią, która przez dekady była fundamentem marki.
Leiding podjął decyzję, która mogła go kosztować karierę. Skasował prawie gotowy projekt EA266 z centralnie umieszczonym silnikiem, którym firma była zafascynowana od lat. W jego miejsce postawił na – uwaga – przedni napęd i silnik chłodzony cieczą! Dla marki, której DNA było zdefiniowane przez tylnosilnikowe konstrukcje chłodzone powietrzem, było to niczym zdrada ideałów.
To dla VW była zmiana paradygmatu. Marka, której DNA przez ćwierć wieku definiował silnik z tyłu i chłodzenie powietrzem, miała oddać te dwie cechy i postawić wszystko na układ, który Niemcy wcześniej uznawali za rozwiązanie tańszych francuskich konkurentów. Leiding zrozumiał, że trwanie przy starej technologii skończy się powolną śmiercią marki.
Włoska elegancja na usługach niemieckiej inżynierii
Leiding wiedział, że nowy model musi być nie tylko technologicznie zaawansowany, ale też przyciągać wzrok. Dlatego zwrócił się do mistrza – Giorgetto Giugiaro i jego studia Italdesign. Ten krok przypomina mi współczesne alianse między producentami aut a gwiazdami designu.
Giugiaro dał Volkswagenowi coś, czego nigdy wcześniej nie miał – czyste, nowoczesne, kanciastymi linie nadwozia, które wyznaczyły trendy na dekady. Jego podejście było równie przełomowe co pragmatyczne: "Jeśli chodzi o kryteria dobrego projektu, proporcje są na pierwszym miejscu. To zawsze jest w pewnym sensie gra matematyczna".
Kiedy oglądam dziś Golfa I, widzę auto, którego proporcje obroniły się przez pół wieku. Jego proste, kanciaste nadwozie nie zestarzało się ani trochę. Co więcej, wiele współczesnych hot-hatchy wciąż czerpie inspirację z jego proporcji. Nie bez powodu ten projekt trafił do muzeów sztuki współczesnej jako przykład wzornictwa przemysłowego najwyższej próby. Jak sam Giugiaro przyznał: "Moja filozofia w samochodach i przedmiotach jest taka, że forma powinna być uczciwa... Staram się usuwać to, co zbędne i być harmonijny, dążę do harmonii w złożoności".
Baukastensystem, czyli jak zarobić na rewolucji
Zmiana strategii VW to nie tylko nowy model. To była kompleksowa transformacja całej firmy. Leiding, wykorzystując doświadczenia z Audi, wdrożył koncepcję "Baukastensystem" – systemu modułowego, który pozwalał na tworzenie wielu modeli z tych samych komponentów.
To koncepcja, którą dziś stosują wszystkie wielkie koncerny — ale w latach 70. było to rozwiązanie nowatorskie. Dzięki temu Golf, Scirocco i Passat mogły dzielić platformy, silniki i wiele innych części, co drastycznie obniżyło koszty produkcji. Jak zauważył Sam Abuelsamid, analityk branży motoryzacyjnej z Detroit: "Brak efektu skali może przesądzić o ich 'być albo nie być'". Leiding to wiedział już pół wieku temu.
Współczesne koncerny stosują tę samą filozofię — wystarczy spojrzeć na Stellantisa z czternastoma markami na kilku platformach. Leiding postawił ten fundament pół wieku wcześniej.
Przestań liczyć cylindry, zacznij jeździć lepiej
Wczesne egzemplarze Golfa I rozpoznaje się po wklęsłej tylnej klapie — tak zwanym „jaskółczym ogonie". Ten, kto z Garbusa przesiadał się do Golfa, najpierw szukał charakterystycznego bulgotu silnika z tyłu. Zamiast tego słyszał spokojny, czterosuwowy dźwięk od przodu.
Jednak wystarczyła pierwsza przejażdżka, by zrozumieć, o co chodziło VW. Golf prowadził się po prostu lepiej. Dużo lepiej. Stabilność na zakrętach, hamowanie, przyśpieszenie – wszystko było na innym poziomie niż w Garbusie.
Golf pokazał, że można zerwać z tradycją i stworzyć coś lepszego. Że silnik nie musi warczeć i charczeć, żeby auto dawało frajdę z jazdy. Że praktyczność i przyjemność z prowadzenia nie wykluczają się wzajemnie.
GTI – hot-hatch, który stworzył kategorię
No i wreszcie – wisienka na torcie. Golf GTI z 1976 r. Nie było to pierwsze sportowe auto w segmencie kompaktów, ale z pewnością najbardziej wpływowe. Stworzony przez grupę pasjonatów działających nieco na uboczu oficjalnych struktur VW, stał się protoplastą całego segmentu "hot-hatchy".
GTI wstrząsnęło rynkiem. 110 KM z silnika 1.6 z wtryskiem paliwa Bosch K-Jetronic, czerwona obwódka na grillu, sportowe fotele w szkocką kratę, piłeczka golfowa jako gałka zmiany biegów – te elementy przeszły do historii. Auto, które łączyło praktyczność z osiągami, było dokładnie tym, czego potrzebował rynek.
Co ciekawe, narodziny GTI, podobnie jak sama transformacja VW, nie były oczywistym ruchem. To był rodzaj wewnętrznej partyzantki entuzjastów takich jak Anton Konrad czy Alfons Löwenberg, którzy wierzyli, że Golf może być czymś więcej.
Rynkowy sukces i dziedzictwo
Golf I wraz z pochodnymi (Jetta, Cabriolet, Caddy) sprzedał się w niemal siedmiu milionach egzemplarzy. To uratowało VW przed bankructwem i postawiło go w pierwszej lidze światowych producentów.
Co ważniejsze, mały Golf stał się punktem odniesienia dla całego segmentu kompaktowych hatchbacków. Stworzył standard, który obowiązuje do dziś – przedni napęd, poprzecznie ustawiony silnik, kolumny MacPhersona z przodu i belka skrętna z tyłu. Ten układ stał się tak dominujący, że niemal każdy kompaktowy samochód na świecie (z wyjątkiem BMW) korzysta z podobnych rozwiązań.
Tak jak dziś producenci przechodzą transformację w stronę elektromobilności, tak VW w latach 70. musiał całkowicie przemodelować swoje myślenie. I dokładnie to mu się udało. Czy współcześni liderzy są równie odważni co Rudolf Leiding? Historia ich oceni.
Na marginesie, Golf I cieszył się tak wielką popularnością, że w niektórych częściach świata był produkowany długo po premierze następcy. W RPA jako Citi Golf przetrwał aż do 2009 roku! No, może nie jest to aż taka długowieczność jak Garbusa w Meksyku (2003), ale i tak robi wrażenie.
Klasyk, który nie starzeje się z godnością – on po prostu się nie starzeje
Kiedy dziś widzę dobrze zachowanego Golfa I, zwłaszcza w wersji GTI, czuję ten sam dreszczyk emocji co na widok Porsche 911 z lat 70. Te auta starzeją się bez pomocy mody. Są jednocześnie klasyczne i nowoczesne, proste i wyrafinowane.
Co więcej, w odróżnieniu od wielu klasyków, Golf I wciąż jest autem, którym można jeździć na co dzień. Jego obsługa jest intuicyjna, części nadal łatwo dostępne, a prowadzenie — zwłaszcza w wersji GTI — daje więcej frajdy niż wiele współczesnych aut nafaszerowanych elektroniką.
Jeśli rozważasz zakup klasyka, którego nie tylko da się podziwiać w garażu, ale i realnie użytkować, Golf I powinien być wysoko na twojej liście. To kawałek historii motoryzacji, w którym widać decyzje konkretnych ludzi — i ich skutki.
A kiedy następnym razem usłyszysz narzekania na elektryfikację i zmierzch „prawdziwych" aut, przypomnij sobie historię Golfa. Czasem zerwanie z tradycją jest jedyną drogą do przetrwania.
Volkswagen Golf II — kultowy hatchback lat 80. →
Zaloguj się, aby dodać komentarz.