Przejdź do treści

Bulik i ogórek — jak dostawczy Volkswagen woził najpierw towar, a potem wolność

Twarz, od której zaczęła się legenda. Volkswagen Transporter pierwszej generacji — bulik z dzieloną przednią szybą i okrągłym znakiem VW na masce, tu w bogatej odmianie Deluxe z rzędem okienek dachowych.
Sicnag / Wikimedia Commons, CC BY 2.0
Twarz, od której zaczęła się legenda. Volkswagen Transporter pierwszej generacji — bulik z dzieloną przednią szybą i okrągłym znakiem VW na masce, tu w bogatej odmianie Deluxe z rzędem okienek dachowych.

Jeden z najważniejszych samochodów dostawczych powojennej Europy zaczął się od odręcznego rysunku. Dwie dekady później to samo auto powiozło na Woodstock całe pokolenie.

Spis treści (7)
  1. Pudełko na kołach z notesu holenderskiego handlarza
  2. Bulik — pierwsza generacja z dzieloną szybą (1950–1967)
  3. Auto dzieci kwiatów
  4. Ogórek — panoramiczna szyba i nowe pokolenie (1967–1979)
  5. Ogórek, ale który? Jelcz i ID. Buzz
  6. Ile kosztuje bulik i ogórek w 2026 roku?
  7. Czy bulik i ogórek to już klasyki?

Wiosną 1947 roku, jak głosi często powtarzana opowieść, holenderski importer volkswagenów stoi w fabryce w Wolfsburgu i patrzy na dziwaczny wózek transportowy, który robotnicy sklecili z podwozia Garbusa, żeby wozić części po halach. Bierze notes i rysuje coś jeszcze prostszego: kreskę na koła, kreskę na kabinę z przodu, prostokąt na towar. Pudełko na kołach.

Pomysł przypisuje się właśnie jemu — Benowi Ponowi — a data szkicu, 23 kwietnia 1947 roku, jest jedną z pewniejszych w tej historii. Trzy lata później z tego rysunku zjeżdża z taśmy dostawczak, który przez następne dekady zmieni się w coś, czego Pon nie mógł zaplanować: w auto surferów, hipisów i całego pokolenia, które chciało spać tam, gdzie akurat zapadła noc.

Pudełko na kołach z notesu holenderskiego handlarza

Nazwa fabryczna zdradza całą filozofię. Garbus był u Volkswagena „Typem 1". Nowy dostawczak dostał numer „Typ 2" — bo powstał na tej samej płycie, z tym samym sercem, tyle że ustawionym do zupełnie innej pracy.

Inżynierowie z Wolfsburga wzięli boxera — płaską, czterocylindrową jednostkę chłodzoną powietrzem — i zostawili go tam, gdzie siedział w Garbusie: z tyłu, nad napędzaną osią. Kabinę wysunęli maksymalnie do przodu, nad przednie koła. Kierowca siedział niemal na zderzaku, a między nim a silnikiem została wielka, pusta przestrzeń na ładunek. Z zewnątrz skrzynia. W środku zaskakująco dużo miejsca jak na auto krótsze od dzisiejszego kombi.

Prasie pokazano prototypy 12 listopada 1949 roku, a 8 marca 1950 ruszyła produkcja seryjna w Wolfsburgu. Ruszyła skromnie — po kilka, kilkanaście sztuk dziennie, w pierwszym roku zaledwie kilka tysięcy egzemplarzy. Popyt okazał się jednak większy, niż ktokolwiek zakładał. Powojenne Niemcy odbudowywały się i potrzebowały czegoś, co zawiezie cegły na budowę, chleb do sklepu i ludzi do pracy — tanio i bez ceregieli. W 1956 roku produkcja nie mieściła się już w Wolfsburgu i przeniosła się do nowej fabryki w Hanowerze.

Sukces przyszedł szybciej, niż Wolfsburg zdążył go obsłużyć. Dostawczak trafił do rzemieślników, piekarni, poczty i firm przeprowadzkowych w całej Europie, a potem popłynął na eksport — także do Stanów Zjednoczonych. Tam miał odegrać rolę, jakiej nikt w Niemczech nie przewidział, ale to opowieść na później. Na razie był po prostu tanim, wytrzymałym narzędziem pracy, które robiło dokładnie to, do czego zostało narysowane.

Bulik — pierwsza generacja z dzieloną szybą (1950–1967)

Pierwsza generacja Transportera — oznaczana fabrycznie jako T1 i produkowana w Europie od 1950 do 1967 roku — ma jeden znak rozpoznawczy, który widać z drugiej strony ulicy: przednią szybę podzieloną na dwie części słupkiem pośrodku. To właśnie do tej pierwszej generacji przylgnął w Polsce przydomek, którego dziś używa każdy: bulik.

Skąd bulik? Od niemieckiego „Bulli" — a skąd „Bulli", tego nikt do końca nie udokumentował. Jedni wywodzą nazwę od zbitki słów „Bus" i „Lieferwagen" (samochód dostawczy), inni od bulwiastego, krępego kształtu przodu. Sam Volkswagen długo oficjalnie nazwy nie używał, podobno w obawie o spór o znak towarowy „Bulldog", należący do producenta ciągników. Prawa do słowa „Bulli" koncern uporządkował dopiero w 2007 roku, przy okazji sześćdziesiątych urodzin modelu.

Pod klapą bulika pracował ten sam chłodzony powietrzem boxer, który napędzał Garbusa — i przez większość życia T1 był to napęd o mocy, która dziś budzi uśmiech. Najwcześniejsze egzemplarze z 1950 roku miały jednostkę 1131 cm³ o mocy około 25 KM. W 1953 roku pojawił się silnik 1192 cm³ (znany jako 1200) z około 30 KM, a w pierwszej połowie lat 60. mocniejsza jednostka 1493 cm³ (1500). Nawet ona, zależnie od wersji i rynku, oddawała ledwie ponad 40 KM. Bulik nigdy nie był szybki. Był za to niezniszczalny, prosty w naprawie i pojemny — i to wystarczyło.

Nie tylko bus. Na płycie Transportera pierwszej generacji powstawały też pikapy — ten z podwójną kabiną łączył miejsce dla pięciu osób z otwartą skrzynią ładunkową.
Sicnag / Wikimedia Commons, CC BY 2.0
Nie tylko bus. Na płycie Transportera pierwszej generacji powstawały też pikapy — ten z podwójną kabiną łączył miejsce dla pięciu osób z otwartą skrzynią ładunkową.

Prowadzenie bulika to zresztą osobne doświadczenie. Kierownica ustawiona niemal poziomo, jak w autobusie, długie skoki dźwigni zmiany biegów, silnik terkoczący gdzieś za plecami i prędkości, przy których dzisiejsze auta dopiero rozpędzają się z parkingu. Nikomu się jednak nie spieszyło. Z takim busem spieszyć się po prostu nie dało — i chyba właśnie o to w nim ostatecznie chodziło.

Volkswagen szybko zrozumiał, że jedną prostą bryłę można pokroić na kilkanaście sposobów. Z tej samej płyty zjeżdżały furgon z pełną blachą, przeszklony Kombi, osobowy mikrobus, luksusowy Deluxe Microbus oraz pikapy — jedno- i dwukabinowe, ze skrzynią ładunkową z tyłu. Rzemieślnik kupował furgon, duża rodzina mikrobus, firma budowlana pikapa. Jedno auto, wiele żywotów.

Samba — 23 okna i dach do słońca

Na szczycie oferty stał model, który dziś rozpala kolekcjonerów najmocniej: Deluxe Microbus, w Polsce i na świecie znany po prostu jako Samba. Miał 23 okna — łącznie z rzędem szybek w narożnikach dachu i przeszkleniami nad bocznymi oknami — oraz wielki, składany materiałowy dach, przez który do środka wlewało się słońce. Do tego dwukolorowy lakier i sporo chromu. Samba nie woziła cegieł. Woziła turystów po alpejskich serpentynach — i dokładnie tak ją reklamowano.

Samba z 1958 roku — najbardziej wystawna wersja pierwszej generacji, z dwuczęściową szybą i charakterystycznym rzędem okienek dachowych. Dziś najdroższy kąsek wśród klasycznych busów Volkswagena.
Brian Snelson (exfordy) / Wikimedia Commons, CC BY 2.0
Samba z 1958 roku — najbardziej wystawna wersja pierwszej generacji, z dwuczęściową szybą i charakterystycznym rzędem okienek dachowych. Dziś najdroższy kąsek wśród klasycznych busów Volkswagena.

Od rocznika 1964 Volkswagen poszerzył tylną klapę, przez co zniknęły narożne okienka — i tak z 23-okiennej Samby zrobiła się wersja 21-okienna. Dla dzisiejszego rynku ta różnica dwóch szyb potrafi oznaczać przepaść w cenie. Najstarsze, kompletne egzemplarze z pełnym kompletem okien to dziś ścisła czołówka kolekcjonerska. O oryginalną, dobrze udokumentowaną Sambę bije się cały świat, nie tylko Polska.

Auto dzieci kwiatów

Coś się jednak wydarzyło po drodze między niemiecką budową a amerykańską plażą. W latach 60. Transporter trafił za ocean i wpadł w ręce ludzi, dla których był dokładnym przeciwieństwem wszystkiego, co reprezentował świat ich rodziców. Był tani, powolny i niczego nie udawał. Można w nim było spać, można go było pomalować w psychodeliczne wzory, można było spakować deskę surfingową i pojechać za falą wzdłuż kalifornijskiego wybrzeża.

Tak dostawczak z Wolfsburga stał się pojazdem kontrkultury. Parkował na błotnistych poboczach pod Woodstock w 1969 roku, woził hipisów i surferów, dostawał na blachę kwiaty i znaki pokoju. Malowany bus VW do dziś jest jednym z najczęściej powielanych obrazów tamtej epoki — symbolem wolności i ruszania w drogę bez planu.

Dom na kółkach. Kamper Westfalia na bazie drugiej generacji — z podnoszonym dachem i kuchnią na pokładzie — zawiózł całe pokolenie na plaże i festiwale.
Sicnag / Wikimedia Commons, CC BY 2.0
Dom na kółkach. Kamper Westfalia na bazie drugiej generacji — z podnoszonym dachem i kuchnią na pokładzie — zawiózł całe pokolenie na plaże i festiwale.

Pomagał wygląd. Okrągłe reflektory rozstawione jak para oczu, wielki emblemat VW na blasze przodu, u bulika jeszcze charakterystyczne załamanie blachy w kształcie litery V — bus nie wyglądał ani groźnie, ani drogo. Wyglądał sympatycznie i dostępnie. Łatwo było się z nim utożsamić, łatwo go pomalować, łatwo pokochać. Dlatego trafił na tysiące plakatów, okładek płyt i klatek filmowych — i został tam do dzisiaj.

Modę na życie w busie napędzała jeszcze jedna firma. Westfalia, niemiecki zakład nadwoziowy, już od lat 50. przerabiała Transportery na kampery: rozkładane łóżko, szafki, składany stolik, czasem kuchenkę i lodówkę. Pierwsze westfalie popłynęły do Stanów w 1956 roku, a współpraca z Volkswagenem trwała aż do 2003 roku. Dla wielu Amerykanów i Europejczyków ten model był pierwszym domem na kołach — i to on nauczył całe pokolenia, że wakacje można mieć wszędzie, gdzie da się zaparkować.

Ogórek — panoramiczna szyba i nowe pokolenie (1967–1979)

W sierpniu 1967 roku dzielona szyba odeszła do historii. Druga generacja Transportera, fabrycznie T2, dostała jednoczęściową, panoramiczną przednią szybę — jeden duży taflowy element zamiast dwóch. W Polsce ta odsłona zyskała własny przydomek: ogórek. Bulik i ogórek to więc nie synonimy, tylko dwa pokolenia tego samego auta — pierwsze z szybą dzieloną, drugie z panoramiczną. Kto raz to zapamięta, nigdy ich już nie pomyli.

Druga generacja porzuciła dzieloną szybę na rzecz jednej panoramicznej tafli — i to właśnie ten model Polacy przezwali ogórkiem. Egzemplarz z 1976 roku.
Sicnag / Wikimedia Commons, CC BY 2.0
Druga generacja porzuciła dzieloną szybę na rzecz jednej panoramicznej tafli — i to właśnie ten model Polacy przezwali ogórkiem. Egzemplarz z 1976 roku.

Ogórek był większy i wygodniejszy od bulika. Z biegiem lat sam też się zmieniał, dlatego kolekcjonerzy dzielą go na dwie odmiany — wcześniejszą T2a i późniejszą T2b. Tę pierwszą, z lat 1967–1971, rozpoznasz po zaokrąglonych, chromowanych zderzakach i kierunkowskazach nisko, przy zderzaku. W wersji z około 1973 roku zderzaki stały się kanciaste, a przednie kierunkowskazy powędrowały wyżej, nad reflektory. Mniej więcej wtedy ogórek dostał też przednie hamulce tarczowe w miejsce bębnów — konkretny zysk dla każdego, kto tym autem próbował się zatrzymać ze zjazdu.

Pod tylną klapą ogórka nadal pracował chłodzony powietrzem boxer, ale w mocniejszych odsłonach. Bazą był silnik 1,6 z rodziny Garbusa, dający około 50 KM. Od 1972 roku Volkswagen sięgnął po większe jednostki z rodziny Type 4 — 1,7, 1,8 i wreszcie 2,0 l — o mocy dochodzącej do mniej więcej 66–70 KM. Wciąż niewiele, ale nikt nie kupował ogórka do wyścigów. Kupowało się go, żeby dojechać i żeby dało się go naprawić na parkingu.

Europejska produkcja ogórka skończyła się w lipcu 1979 roku. Następcą został kanciasty T3 — ostatni Transporter z silnikiem z tyłu, ale to już inna opowieść. Dla świata klasyków historia „prawdziwego" busa VW zamyka się na dzielonej szybie bulika i panoramicznej ogórka.

Serce busa siedzi z tyłu. Chłodzony powietrzem silnik boxer — ta sama konstrukcja, która napędzała Garbusa — pracował schowany pod podłogą bagażnika.
Rjluna2 / Wikimedia Commons, CC BY-SA 4.0
Serce busa siedzi z tyłu. Chłodzony powietrzem silnik boxer — ta sama konstrukcja, która napędzała Garbusa — pracował schowany pod podłogą bagażnika.

A właściwie prawie się zamyka. Bo ogórek miał jeszcze drugie, długie życie po drugiej stronie Atlantyku. W Brazylii Volkswagen produkował go — jako model Kombi — aż do 31 grudnia 2013 roku. Późne brazylijskie egzemplarze dostały nawet chłodzony cieczą silnik 1,4 na paliwo elastyczne, bo inaczej nie przeszłyby norm emisji. Na pożegnanie fabryka wypuściła serię „Last Edition" w 600 sztukach. Auto zaprojektowane w notesie w 1947 roku wciąż schodziło z taśmy, gdy reszta świata dawno przesiadła się na smartfony. Ponad sześć dekad w produkcji.

Najkrócej różnice między oboma pokoleniami wyglądają tak:

CechaBulik (T1)Ogórek (T2)
Lata produkcji w Europie1950–19671967–1979
Przednia szybadzielona, dwuczęściowapanoramiczna, jednoczęściowa
Silniki (boxer, powietrze)1,1–1,5, od ok. 25 do ponad 40 KM1,6–2,0, ok. 50–70 KM
Przednie hamulcebębnowetarczowe (od wersji T2b)
Ceny w Polsce (lipiec 2026)wyższe, ok. 200 tys. zł za dobry egzemplarzniższe, ok. 80–100 tys. zł

Ogórek, ale który? Jelcz i ID. Buzz

Słowo „ogórek" w polszczyźnie bywa zdradliwe. Potocznie rozciąga się je na busy Volkswagena w ogóle, a czasem nawet na najnowszego, elektrycznego ID. Buzz, który zderzakiem i proporcjami świadomie nawiązuje do klasyka i dlatego zyskał miano „nowego ogórka". To jednak wóz z 2022 roku i napędem elektrycznym, a nie klasyk, o którym tu mowa.

Jest też drugi, całkiem osobny „ogórek", z którym VW nie ma nic wspólnego: polski autobus Jelcz 043, produkowany w Jelczu. Ten sam przydomek, dwa różne pojazdy — warto o tym pamiętać, bo w rozmowie o „ogórku" łatwo się rozminąć. Klasyczny ogórek Volkswagena to Transporter drugiej generacji, i nic poza tym.

Ile kosztuje bulik i ogórek w 2026 roku?

Krótka odpowiedź: więcej, niż większość ludzi się spodziewa — i z roku na rok więcej. Klasyczne busy Volkswagena od dawna drożeją, a w Polsce dodatkowo działa efekt rzadkości. Egzemplarzy jest niewiele, a te w dobrym stanie znikają z ogłoszeń szybko. Wiele z tych, które przetrwały, dawno wyjechało za granicę albo trafiło do kolekcji, z których się nie wychodzi.

Bulik, jako starszy i rzadszy, kosztuje wyraźnie więcej od ogórka. W ofertach z lipca 2026 roku dobrze utrzymany T1 z początku lat 60. potrafi być wyceniany w okolicach 200 tysięcy złotych. Ogórka da się kupić taniej: przyzwoite egzemplarze — jak Westfalia z końca lat 70. czy mikrobus z przełomu dekad — pojawiają się w przedziale mniej więcej od 80 do 100 tysięcy złotych. To ceny ofertowe, kotwice z rynku, a nie sztywny cennik: stan i kompletność potrafią przesunąć kwotę w każdą stronę.

Ostatni rok europejskiej produkcji ogórka. Późny Transporter drugiej generacji z 1979 roku — po nim pałeczkę w Europie przejął kanciasty T3.
Sicnag / Wikimedia Commons, CC BY 2.0
Ostatni rok europejskiej produkcji ogórka. Późny Transporter drugiej generacji z 1979 roku — po nim pałeczkę w Europie przejął kanciasty T3.

Osobny świat to Samba i najlepsze kampery. Tu cena przestaje mieć wiele wspólnego z użytecznością auta. Na zagranicznych aukcjach najlepsze, w pełni odrestaurowane 23-okienne Samby przekraczają ćwierć miliona dolarów. W Polsce takich transakcji się nie ogląda — ale i u nas komplet z dokumentami oraz oryginalnym dachem to wydatek, przy którym trzeba się mocno zastanowić.

Jeśli myślisz o zakupie, warto najpierw popatrzeć, co w ogóle jest dostępne i za ile. Aktualne oferty zbieramy w jednym miejscu: Zobacz ogłoszenia Volkswagena Transportera na Klasyk.pl. Podaż bywa kapryśna, więc dobry egzemplarz to często kwestia cierpliwości i szybkiej decyzji.

Na co uważać? Na to samo, co zawsze w autach z tej epoki, tylko podwójnie: rdza. Nadwozia bulika i ogórka to rozległe płaszczyzny blachy, progi, podłoga, komory kół i miejsca, w których woda lubi stać latami — a nasze zimy z solą na drogach robią swoje. Renowacja blacharska takiego busa potrafi kosztować więcej niż samo auto, a dobrej roboty nie zrobi pierwszy lepszy warsztat. Zanim wyłożysz pieniądze, zajrzyj do środowiska — polskie kluby Volkswagena to najkrótsza droga do sprawdzonego blacharza, części i kogoś, kto obejrzy egzemplarz razem z tobą. A najlepiej najpierw zobaczyć bulika czy ogórka na żywo, na zlocie — zanim przelejesz zaliczkę.

Zakup to zresztą dopiero początek wydatków. Kampery i egzemplarze z dużym przebiegiem często wymagają nie tylko blacharki, ale i dłubania przy chłodzonym powietrzem silniku, który rządzi się własnymi prawami — luz zaworowy, gaźnik, szczelność uszczelek. Dobry warsztat od klasycznych volkswagenów i zapas oryginalnych albo dobrze odwzorowanych części potrafią zdecydować, czy bulik lub ogórek będzie radością, czy studnią bez dna. To nie jest auto, które kupuje się i zapomina — to auto, które się utrzymuje.

Czy bulik i ogórek to już klasyki?

Tu akurat nie ma się nad czym długo zastanawiać. Bulik i ogórek dawno przeszły próbę, którą wiele aut z tamtych lat oblało. Nie są „starymi samochodami", które trzyma się z sentymentu — są pełnoprawnymi oldtimerami, ściganymi przez kolekcjonerów, z własnymi klubami i rynkiem części. Ceny, które od lat rosną, tylko to potwierdzają.

W Polsce dochodzi do tego wątek sentymentalny. Dla wielu bulik i ogórek to auto z wakacyjnych fotografii, z filmów, z dzieciństwa — a takie skojarzenia napędzają rynek równie mocno jak wyniki aukcji. Kto dziś kupuje klasycznego busa, rzadko robi to na chłodno.

Ciekawsze jest pytanie, dlaczego akurat te. Boxer chłodzony powietrzem nie był ani szybki, ani nowoczesny. Blacha rdzewiała. Osiągi budziły litość już w latach 60. A jednak to właśnie ten model — jeden z najdłużej produkowanych i najbardziej rozpoznawalnych samochodów w historii — stał się skrótem myślowym całej epoki. Klasykiem nie robią go dane techniczne. Robią go ludzie, którzy w nim mieszkali, jeździli na koniec świata i wracali z fotografiami, na których to auto zawsze wygląda jak wolność.

Bulik i ogórek nie muszą już niczego udowadniać. Pytanie brzmi tylko, czy zdążysz kupić swój, zanim ostatnie dobre egzemplarze rozejdą się po kolekcjach na dobre.

Czym różni się bulik od ogórka?

Najprościej po przedniej szybie. Bulik to pierwsza generacja Transportera (T1, 1950–1967) z szybą dzieloną na dwie części słupkiem. Ogórek to druga generacja (T2, 1967–1979) z jedną, panoramiczną szybą. Ogórek jest też większy, ma mocniejsze silniki i — w późniejszych wersjach — przednie hamulce tarczowe.

Skąd wzięły się nazwy bulik i ogórek?

Bulik pochodzi od niemieckiego przydomka „Bulli", którego etymologia nie jest do końca pewna — wywodzi się go albo od zbitki słów „Bus" i „Lieferwagen", albo od krępego, bulwiastego kształtu przodu. Skąd polski „ogórek" dla T2, trudno wskazać jednym źródłem; to potoczna, utrwalona nazwa drugiej generacji. Uwaga: „ogórkiem" bywa też nazywany zupełnie inny pojazd — polski autobus Jelcz 043.

Co to jest Samba i dlaczego jest tyle warta?

Samba to najbogatsza wersja bulika — Deluxe Microbus z 23 oknami, dużym składanym dachem i dwukolorowym lakierem. Od 1964 roku produkowano ją w odmianie 21-okiennej. Jako najbardziej pożądana wersja klasycznego busa osiąga najwyższe ceny: na zagranicznych aukcjach najlepsze egzemplarze przekraczają ćwierć miliona dolarów.

Czy klasyczny ogórek to to samo co ID. Buzz?

Nie. ID. Buzz to współczesny, elektryczny minivan Volkswagena, który stylistyką celowo nawiązuje do klasyka i bywa nazywany „nowym ogórkiem". Prawdziwy ogórek to Transporter drugiej generacji z lat 1967–1979, z chłodzonym powietrzem silnikiem boxer z tyłu. Łączy je tylko design i przydomek.

Ile trzeba zapłacić za bulika lub ogórka w Polsce?

W ofertach z lipca 2026 roku dobry bulik z lat 60. bywa wyceniany w okolicach 200 tysięcy złotych, bo jest starszy i rzadszy. Ogórek jest tańszy — przyzwoite egzemplarze pojawiają się mniej więcej od 80 do 100 tysięcy złotych. To ceny ofertowe; realna kwota zależy od stanu i historii konkretnego egzemplarza.

Po artykule

Masz Volkswagen Transporter w garażu?

Pokaż go ludziom, którzy właśnie o nim czytają — dodaj bezpłatne ogłoszenie.

Dodaj bezpłatne ogłoszenie Zobacz ogłoszenia Volkswagen
0 zł — bez prowizji i bez opłat za odnowienie Ogłoszenie czyta redaktor, nie algorytm Zostaje na giełdzie, aż sprzedasz

Zobacz również

Pięć historycznych Volkswagenów Garbusów w rzędzie na trawie przed fabryką w Wolfsburgu — roczniki od 1938 do 1976.

Kluby Volkswagena w Polsce — Garbus, Bus, Golf

Pierwsza Garbojama w 2001 roku zebrała 251 Garbusów i z miejsca stała się największym zlotem starych VW w tej części Europy. Ćwierć wieku później polska scena klasycznych Volkswagenów to kilkanaście żywych adresów — od stowarzyszeń po grupy Golfa Mk2.

Pięć historycznych Volkswagenów Garbusów w rzędzie na trawie przed fabryką w Wolfsburgu — roczniki od 1938 do 1976.

VW Garbus — historia, wersje i ceny w 2026 roku

W 1938 roku w Wolfsburgu położono kamień węgielny fabryki auta dla ludu. Ostatni Garbus zjechał z taśmy 65 lat później, w meksykańskiej Puebli w 2003 roku. Po wojnie powstało ich 21 529 464; auto przeżyło ustrój, który je powołał.

SL 600 R129 w ruchu — sesja Mercedes-Benz Classic z 2021 roku. W trzydziestej rocznicy debiutu V12 marka pokazała ten model jako auto, którym wciąż się jeździ. Nie eksponat. Egzemplarz w drodze.

Mercedes SL R129 — kluby, fora, zloty 2026 i Lady Diana

24 maja 2026, Toruń. Setki mercedesów na lotnisku Aeroklubu Pomorskiego, parada 140 wybranych aut starówką, próba Rekordu Guinnessa. Wśród nich kilkanaście R129 — ten sam model, którym 35 lat temu jeździła Lady Diana, dziś stały gość polskich zlotów.

Więcej: Transporter T1-T2 ▸
ikona klasyk.pl